Rozmowa z Martą Fox

- Czy przypuszczała Pani, że jej książki dla nastolatek staną się tak popularne?

- Nie wiedziałam, że będę pisać dla nastolatek. Zaczynałam od opowiadań i wierszy - jak dostrzegła to krytyka - o posmaku erotycznym. Potem postanowiłam napisać książkę dla mojej córki. Ona mi dokładnie określiła, co chce przeczytać. Myślałam, że to będzie jednorazowa rzecz. Jednak książka „Batoniki Always miękkie jak deszczówka”, w której stworzyłam Agatona - współczesną bohaterkę, bardzo się spodobała nastolatkom. Potem, namówiona przez wydawcę, napisałam drugą książkę „Agaton-Gagaton jak pięknie być sobą”. I dzięki niej zostałam zauważona.

dostałam wyróżnienie Polish Section International Board on Books for Young People.

- A potem poszła Pani za ciosem?

- W jakimś sensie za ciosem. Zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym  bardzo mobilizująco wpływa na mnie sytuacja, w której widzę, że jestem potrzebna. A ja wówczas tak się poczułam. Dziewczyny pisały do mnie, mówiąc, że piszę naprawdę o nich, że one są takie, jak moja bohaterka albo chcą takie być, zwierzały mi się ze swoich przeżyć i pytały o radę. Wykreowałam więc następną bohaterkę, Magdę.

- Czy zastanawia się Pani, co zdecydowało o sukcesie Pani książek?

- Nie przypuszczałam, że moje książki mogą zdobyć aż taką popularność u czytelników, że krytyka może mnie postrzegać jako odnowicielkę tego gatunku. Do tej pory zadaję sobie pytania, co takiego zrobiłam, że trafiłam w gust czytelników? Co im się spodobało? Język powieści, „filozofia życiowa” bohaterki, rodzina, która ze sobą rozmawia, a nie tylko na siebie warczy? A może o tym przebiciu zadecydował rozdział „Orgazm”? Rozdział najbardziej niewinny na świecie i w dodatku z wyraźnym „smrodkiem dydaktycznym” - jak to mówił Wańkowicz.

- Dotknęła Pani tabu?

- Wiedziałam, czułam, jakimi kryteriami muszę się kierować pisząc książkę dla młodzieży. Nie chciałam naruszyć granicy dobrych obyczajów, ale jednak uchylić pewnego rąbka tajemnicy. Ten rozdział narobił dużo szumu. Do tej pory - mam takie wrażenie - w literaturze młodzieżowej nie mówiło się o „tych” sprawach. Owszem, pisało się o pierwszej miłości, pocałunkach, mówiło się, że młodzi są ze sobą, jednak nie pisało się o bliskości aż tak otwarcie, jak ja to zrobiłam.

- To był akt odwagi czy świadoma prowokacja?

- Nie chciałam prowokować ani epatować „zakazaną” tematyką. Mimo to krytyka wywnioskowała, iż jestem pisarką bardzo odważną. Ja nie czułam tej odwagi. Taka jestem. Taką mam osobowość. Tak starałam się rozmawiać z moimi córkami, zwyczajnie, po prostu i bez wypieków na twarzy. Ale być może moja otwartość była jakimś przewrotem.

- Inną reakcję poznała Pani w czasie spotkań towarzyszących Targom Książki we Frankfurcie w 2000 roku.

- Młodzież niemiecka znała znaczną część „Magdy.doc” z tłumaczenia zamieszczonego w antologii przygotowanej z okazji targów. Nie mogła zrozumieć, dlaczego jednym z najważniejszych problemów tej książki jest przeżycie inicjacji przez jej bohaterkę, a potem niezaplanowana ciąża. Młodzi Niemcy nie mogli pojąć, jak to się stało, dlaczego bohaterka książki została sama ze swoim problemem. Mogła przecież porozmawiać ze szkolnym psychologiem, pedagogiem czy lekarzem. Jedna dziewczyna powiedziała mi wprost:  „Ta książka nie jest dla mnie, bo ja mam sprawę inicjacji już dawno za sobą. Mam przecież siedemnaście lat”. I mówiła to przy dyrektorze, nauczycielach. I nikt się nie oburzał, nie popatrzył na nią krzywo.

- To u nas raczej nadal jest nie do pomyślenia.

- Nie piszę o seksie, tylko o związkach międzyludzkich, o braku porozumienia, o milczeniu, które zabija bliskość, o rozmowie, jako podstawie więzi międzyludzkich, o miłości i różnych odcieniach, o tęsknocie, o samotności, o godności, którą powinien mieć każdy człowiek - a więc także kobieta i dziecko. Piszę o kobietach, które osiągają świadomość siebie, swoich potrzeb i celów, piszę o niezgodzie na uprzedmiotowienie i na manipulowanie drugim człowiekiem. Piszę o miłości, o jej braku, o tęsknocie za miłością i serdecznością. To oczywiste, że pojawia się tam element erotyki. Ale w naszym „dulszczyźnianym” świecie to urasta do problemu numer jeden. Tymczasem ja moich czytelników traktuję poważnie. Rozmawiam z nimi. Nie mówię im tego, co słyszą na co dzień od rodziców czy nauczycieli, że dzieci i ryby nie mają głosu i że co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. Ja ich nie odtrącam. Dla mnie każdy ich problem, czy to trzynastolatki czy siedemnastolatki, jest problemem, nad którym trzeba się zatrzymać i porozmawiać. Rozmawiam nie tylko na tematy dojrzewania emocjonalnego i wkraczania w dojrzałość płciową. Ja rozmawiam z nimi o wszystkich konfliktach, które się pojawiają w domu i w szkole.

- Odsłania Pani prawdę o szkole. Nie kochają Pani za to nauczyciele.

- Stawiają mi zarzuty, że za bardzo staję po stronie młodzieży, że się jej podlizuję, że jestem przeciwko światu dorosłych, szkole i nauczycielom w ogóle. Może tak jest. Na moją obronę mogę powiedzieć tyle, że w moich książkach są typy wspaniałych nauczycieli, takich, którzy potrafią z młodzieżą rozmawiać i którzy uczą w szkole dlatego, że lubią młodzież i są dla niej autorytetem. Przedstawiam też wielu „złych” nauczycieli. Takie są, niestety, moje doświadczenia. Naprawdę zbyt długo siedziałam w szkole, by nie wiedzieć, jak może ona wyglądać. Im dłużej żyję, tym bardziej się przekonuję, że „ z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie, dwie tylko: poezja i dobroć...więcej nic”. Dlatego jeśli czegoś naprawdę żałuję to tych chwil, w których dla moich dziewczynek - córek i młodzieży, którą uczyłam byłam niedostatecznie cierpliwa i niedostatecznie dobra.

- Poruszyła też Pani bardzo nagłaśniany ostatnio w mediach problem molestowania seksualnego.

- W serii sześciu minipowieści z cyklu „Pierwsza miłość” poruszam i ten problem. Robię to, jak sądzę, bardzo taktownie, bardzo dyskretnie. Może nawet za taktownie i za dyskretnie. Nie wiem, czy w literaturze młodzieżowej ktoś to czynił przede mną. Ale jak czytam recenzje, to wiem, że poruszyłam w polskiej literaturze młodzieżowej znowu jakiś temat tabu. Tak się utarło, że literatura dla młodzieży jest literaturą dla panienek z dobrych domów. Ja nie przeczę, że panienki są wciąż z dobrych domów, ale dziś nie wolno młodzieży wpychać pod szklany klosz i udawać, że pewne problemy nie istnieją.

- Sportretowała też Pani w „Magdzie.doc” okrutną matkę. Czy spotkała się Pani z wyrzutem, że takich matek nie ma?

- Tak. Zburzyłam mit matki-Polki. Pokazałam toksyczny związek między matką i córką. Pokazałam matkę skrzywdzoną, która z kolei krzywdzi  córkę. Odkąd rozszalał się internet, dostaję mnóstwo listów od czytelniczek. Opisują w nich swoje historie i relacje z rodzicami. Gdybym chciała skorzystać z tych opisów i na podstawie takich zwierzeń napisać książkę, to nikt by mi nie uwierzył, że tak może być.

- Pisze Pani o uniwersalnych problemach tzw. konfliktu pokoleń. Na ile jednak Pani książki przygotowują młodych do startu w życie nie tylko intymne, ale i zawodowe, społeczne?

- Wydaje mi się, że przygotowuję młodzież do tego, by umiała się znaleźć w tym okrutnym, zmaterializowanym świecie, w którym trzeba walczyć o pracę. Wierzę w to, że młodzież, która czyta, a nie tylko patrzy w telewizor, będzie bardziej elokwentna i otwarta w rozmowie. A w moich książkach pokazuję młodych, którzy mimo to, że są subtelni, czasem fruwający w obłokach, czasem nadwrażliwi, to jednak są ludźmi myślącymi i asertywnymi. Potrafią bronić siebie przed rodzicami, nauczycielami i przed kolegami. To jest coś bardzo ważnego. Uczę też na podstawie moich bohaterów, że każdy człowiek, nawet ten z ocenami miernymi, jest Osobą i że musi mieć poczucie własnej wartości i godności, wtedy poradzi sobie w życiu. Moi bohaterowie są ludzmi, którzy nie tylko siedzą i czekają aż rodzice im podstawią talerz zupy pod nos. Oni starają się zarabiać na życie w czasie weekendów czy wakacji.. Na przykład Magda udzielała korepetycji, bo bardzo dobrze znała angielski. Zawsze też podkreślam, że młodzież musi uczyć się języków obcych, bo to jest przyszłość.

- Ci, którzy się wychowali na Pani książkach dla młodzieży, stają się czytelnikami Pani wierszy i opowiadań dla dorosłych?

- Tak jest i to mnie cieszy. Z myślą o nich chcę napisać trzecią część „Magdy.doc”. W 1996 roku moja bohaterka miała 19 lat. Minęło siedem lat. Chciałabym napisać tę książkę z punktu widzenia tu i teraz. Moja bohaterka będzie kobietą dojrzałą, będzie żoną i matką. I na pewno będzie pracować zawodowo.

- Tymczasem kolejna książka jest znowu adresowana do młodzieży.

- Tak. Właśnie ją skończyłam. Pisałam ją długo, prawie dwa lata. Mam nadzieję, że będzie wydana w maju lub czerwcu. Książka jest o bardzo wrażliwych ludziach. Oczywiście o miłości i pewnym konflikcie. Jest bardzo osadzona we współczesnych realiach świata, w którym młodzież jest za pan brat z komputerem i internetem. Będzie nosiła tytuł „Niebo z widokiem na niebo”. Jednak do czasu, gdy książka się ukaże, nic więcej o niej nie chcę powiedzieć, bo jestem bardzo przesądna.

Rozmawiała Danuta Lubina-Cipińska

 

„Guliwer” 1/ 2003

POWRÓT