|
W poszukiwaniu straconego czasu
z Martą
Fox, pisarką, rozmawia
Jolanta Pierończyk
Czy
jest książka, która w jakiś sposób okazała się dla Pani ważna?
To powieść
Julio Cortazara „Gra w klasy”. Przeczytałam ją dość późno, bo
około 35. roku życia, ale wywróciła moje życie do góry dnem. W
„Grze w klasy” zobaczyłam człowieka, który jest wewnętrznie
wolny od wszelkich obyczajowych i kulturowych pętli. A ja taką pętlę
miałam na szyi. Wychowana w tradycyjnej rodzinie, w wieku 18 lat wyszłam
za mąż, mając 22 lata urodziłam pierwszą córkę, pięć lat później
drugą... Miałam powielić wzorzec życia mojej matki. Chciałam się
przeciwko temu zbuntować, ale więzi rodzinne były tak silne, że nie
mogłam tego zrobić. Dopiero po przeczytaniu tej książki zrozumiałam,
że ludzie mogą żyć inaczej i że mają do tego prawo. Cortazar mi
pokazał, że i ja mam prawo żyć wedle własnego wzorca, oczywiście
ponosząc odpowiedzialność za taki wybór. Po lekturze doszłam do
wniosku, że jeśli nawet jestem w takim kręgu obyczajowo-kulturowym,
jakim jestem, w tak tradycyjnej
rodzinie, to mogę przynajmniej znaleźć dla siebie przestrzeń, która
będzie tylko i wyłącznie moja. I zaczęłam jej szukać. Myślę, że
gdyby nie Cortazar, to żadnych poszukiwań nie poczyniłabym i może
nie zaczęłabym pisać. „Grą w klasy” inspirowane było zresztą
moje pierwsze opowiadanie z roku 1989. Jego bohaterami było dwoje młodych,
kochających się ludzi, którzy znają „Grę w klasy” na pamięć i
porozumiewają się cytatami z tej powieści.
Czy
Cortazar jest człowiekiem, którego chciałaby Pani spotkać?
Tak, choć
wiem, że tłumaczka jego książek, Zofia Chądzyńska, była tym
spotkaniem rozczarowana (napisała o tym w książce autobiograficznej
„Co mi zostało z tych lat?”). Ciekawa jestem jak moje wyobrażenie
o Cortazarze miałyby się do rzeczywistości. Ale chciałabym też
spotkać amerykańską poetkę, Annę Sexton, która zaczyna zdobywać w
Polsce popularność. Smutek, w którym tkwiła ta poetka, jest bardzo
bliski mojemu. Myślę, że miałabym z nią o czym rozmawiać.
Marcel
Proust powiedział: „Nie pokazujcie mi autora książki, która mi się
podobała, bo to tak, jak bym spotkał kaczkę po zjedzeniu
pasztetu”...
Ze
spotkaniami bywa różnie. Niektórzy czytelnicy też uważają, że nie
należy poznawać autorów swoich ulubionych książek. Ja osobiście
jednak zrobiłam wiele, by poznać moich ulubionych poetów. Jak dotąd
rozczarowała mnie tylko jedna osoba. Myślałam o niej jako bardzo wrażliwej
i subtelnej, a poznałam bezczelną i agresywną kobietę. I teraz nie
za bardzo mam ochotę czytać jej kolejne tomiki. Robię to wbrew sobie,
bo jednak chcę być na bieżąco ze wszystkim, co w Polsce wychodzi.
Jakich
książek nie znalazła Pani w swoim nastoletnim życiu i teraz podświadomie
próbuje tę niszę wypełnić swoimi powieściami?
Zawsze
szukałam książek o wielkich emocjach. Książek tradycyjnie
napisanych, bo nigdy nie lubiłam literatury awangardowej. Musiały
jednak poruszać moją wyobraźnię i wrażliwość i nie dać się
zapomnieć (do tej pory jest to dla mnie test na tzw. dobrą książkę).
Zawsze stroniłam od tzw. czytadeł. Wyjątek zrobiłam dla „Samotności
w sieci”, ale tylko dlatego, że jest to rzecz o niesamowicie wielkich
emocjach i o tym, jakiego spustoszenia może dokonać w życiu człowieka
Internet.
Zawsze
szukałam powieści psychologiczno-obyczajowych i znajdowałam je w
literaturze francuskiej. Literatura ibero-amerykańska łączyła w
sobie natomiast i obyczajowość, i psychologię, a ponadto tę dziwną
magię, jaką niesie realizm. Nie lubiłam jedynie fantasy i
science-fiction, i do tej pory nie lubię.
-
To chyba było jednak później. Mówmy o okresie nastoletnim.
- Jako
nastolatka czytałam powieści Krystyny Siesickiej. Bardzo chciałabym w
życiu moich nastoletnich czytelników odegrać taką samą rolę, jaką
Siesicka odegrała w moim życiu. Kiedy czytałam „Zapałkę na zakręcie”,
„Jezioro osobliwości”, „Beethoven i dżinsy” czy „Zapach
rumianku”, miałam wrażenie, że ich autorka jest jedyną dorosłą
osobą, która mnie, nastolatkę, traktuje poważnie. Która mi nie mówi,
że dzieci i ryby nie mają głosu. Ona mi pokazała, że moje uczucia i
problemy są ważne. Ona mi podpowiadała, do czego mam prawo, jako
nastolatka. Pokazywała świat, w którym dorośli rozmawiają z młodzieżą
i dochodzą do porozumienia. Pisała też o konfliktach pomiędzy
pokoleniami, wskazując jednocześnie ścieżki, jakimi je można rozwiązać.
Więc ja Siesicką uwielbiałam. A teraz się z nią przyjaźnię. Poznałyśmy
się przed siedmiu laty. Podeszła do mnie po promocji mojej książki
w Klubie Księgarza w
Warszawie i poprosiła o dedykację. Zapytałam: „Dla kogo?” „Dla
Krystyny Siesickiej”, odpowiedziała. Wtedy ja stanęłam przed nią
na baczność. Poczułam się jak uczennica. A ona powiedziała, że
przeczytała dwie moje powieści i że się jej bardzo podobały. Dodała
też, że jestem bardzo odważna w pisaniu. Zaprzyjaźniłyśmy się, ślemy
sobie maile. Radzę się jej, kiedy mam jakiś problem. Do Siesickiej
zadzwoniłam też, kiedy nie mogłam się zdecydować na komputer, do którego
namawiały mnie córki. „Krysiu, na czym ty piszesz swoje książki?”,
spytałam. „Jak to na
czym? Na komputerze”, padła odpowiedź od tej pani dużo przecież
starszej ode mnie. I już nie miałam żadnych wątpliwości.
Feuerbach
powiedział: Im bardziej spoufalamy się z dobrymi książkami, tym
mniejszy staje się krąg ludzi, których towarzystwo nas
satysfakcjonuje...
Nie wiem,
czy tak, ale na pewno im jestem dojrzalsza, tym mniej potrzebuję
towarzystwa innych ludzi. Kiedyś miałam wewnętrzną potrzebę
spotykania się z ludźmi. Teraz nawet z moim bardzo wąskim kręgiem
przyjaciół nie mam potrzeby często się spotykać. Czasem zwyczajnie
szkoda mi czasu, który zdaje mi się płynąć zbyt szybko i
nieustannie towarzyszy mi wrażenie, że mam go coraz mniej i nie na
wszystko mi wystarczy. A poza tym bardzo lubię swoje towarzystwo i książek
w swojej bibliotece, swój fotel i kawę na swoim biurku, a przede
wszystkim - ciszę i spokój. Może dlatego, że jednak dużo bywam wśród
ludzi ( spotkania z moimi czytelnikami, prowadzę spotkania z twórcami
w bibliotekach), a może to kwestia tego, co się określa samotnością
pisarza, która jest niezbędna, by się skupić i usłyszeć własne myśli.
Ludzie lgną do innych, bo potrzebują rozmowy, a ja się tyle sama z
sobą nagadam, że już nie mam ochoty rozmawiać z ludźmi.
-
Wedle Kraszewskiego, w książce to tylko może człowiek znaleźć, co
sam ma w sobie. Czy jest książka, którą czytała Pani w różnych
okresach swojego życia, różne treści za każdym razem odkrywając?
- „W
poszukiwaniu straconego czasu” Prousta. Próbując czytać ją podczas
studiów, mówiłam, że tytuł tej powieści jest bardzo adekwatny do
tego, co czuję podczas jej lektury. Uważałam bowiem, że czytanie jej
to czas stracony. Nic w tej książce znaleźć nie mogłam. Dziś uważam,
że Proust to genialny pisarz. I wiem, że tę książkę można czytać
i czuć tylko wtedy, gdy jest się kompletnie wyciszonym. Nie mogłam więc
jej zrozumieć, kiedy młodość huczała mi w głowie i zajęta byłam
zajęta tysiącami spraw, od macierzyństwa po pracę zawodową.
-
Bo jak czytać o upływającym czasie, w okresie, gdy jego upływu w ogóle
się nie czuje?
- Właśnie.
A dowód, ze jest to dla mnie ciągle ważna książka? Mój obecny
komputer ma na imię Albert. U Prousta była Albertyna, ale komputer
jest rodzaju męskiego, więc imię dostosowałam do jego płci.
-
William Somerset Maugham uważał, że przyzwyczaić się do czytania
książek to budować sobie schron przed wszelkimi przykrościami życia...
- Książki,
poezja, powieści – tak, to jest schron, ale i dodatkowa przestrzeń,
w której się dobrze czuję. Zawsze mówię, że mieszkam w dziupli na
piątym piętrze, w którym jest ponad pięć tysięcy książek. Lubię
wchodzić w ten świat, zwłaszcza poezji, i odnajdować w niej słowa,
które znalazł ktoś inny dla wyrażenia tego, co i ja myślę lub czuję.
-
Co sobie Pani liczy w życiu za błąd?
- Na pewno
popełniłam w życiu wiele błędów, ale żadnego nie chciałabym
wyeliminować, bo każde doświadczenie jakoś mnie wzbogaciło. Mogłam
mieć więcej cierpliwości dla mojej matki, która dwa lata temu zmarła.
Mogłam bardziej stanowczo pytać. Zawsze, na przykład, byłam ciekawa
partyzanckiej przeszłości mojego ojca, a mama nie chciała mi o tym mówić
i jakoś mnie zbywała. Może gdybym była bardziej uparta... A teraz
poszukuję na własną rękę, złożyłam dokumenty w Instytucie Pamięci
Narodowej. Och, mogłabym długo mówić o swojej łatwowierności, o
tym, jak nie umiem mówić „nie” i ciągle się uczę. Jak byłam za
mało stanowcza, zbyt długo się wahałam i co przez to straciłam. A
może zyskałam? Bo czasami to, co nam się wydaje błędne teraz, nie
jest takim po upływie lat.
Tyski
Magazyn Kulturalny, grudzień-luty 2003
|