Krótka rozmowa o miłości
z Martą Fox rozmawia Dorota Stasikowska-Woźniak
1. Miłość to temat
niewyczerpany. Od wieków korzystają z niego twórcy
bez względu na płeć, pochodzenie, wiek i kulturę w której się wychowywali.
Marto, jako pisarka, poetka i kobieta, nagrodzona m.in. Miedzianym Amorem,
jesteś specjalistką od spraw miłosnych. Nie wydaje Ci się, że czasami ze
świeżości pierwszego uczucia niewiele zostaje w późniejszych porywach i
uniesieniach? Gdzie i
dlaczego ta świeżość znika?
Świeżość znika? Nie, nie. To nie tak. Nie widziałaś pięćdziesięcioletnich zakochanych kobiet? Nie słyszałaś, jak ćwierkają sześćdziesięcioletni zakochani mężczyźni, jak stroszą piórka? Kobiety kipią odwagą, są pewniejsze siebie, nie boją się niechcianej ciąży. Mężczyźni też czują, że muszą korzystać z dnia, w którym kości nie bolą i stawy się zginają. Człowiek oczywiście powolnieje z wiekiem i dlatego może się wydawać, że porywy są mniej żwawe. Na zewnątrz. Bo w sercu mogą być tak samo intensywne. Myślę, że wiek nie odbiera uniesień, jeśli naprawdę zdarza się wielkie oczarowanie i zakochanie. W starym piecu diabeł pali, znasz takie powiedzonko? Jeśli natomiast ktoś wiąże się z czystej kalkulacji, to oczywiście nie ma porywów, co widać, także u młodych, znudzonych, bez błysku w oczach.
Być może dzięki powieściom kreuję się na specjalistkę od spraw miłosnych, ale zapewniam cię, że nie znam żadnej recepty. Nie mam przepisu. Myślę sobie czasem, że gdybym miała, to już nie napisałabym żadnej powieści o miłości ani wiersza. A tak – próbuję ciągle od nowa nazywać, zapisywać, rozpatrywać, diagnozować, analizować. Przede wszystkim rozumieć i nieustannie pytać – dlaczego tak właśnie.
Zauważ, że rozmawiamy na razie o porywach, a nie o uczuciach w związkach trwałych, okrzepłych.
2. Do „okrzepłych” związków dojdziemy jeszcze w tej rozmowie. Na razie
rozmawiamy o uniesieniach. Twoje powieści są pełne erotyzmu i uniesień.
Jestem pewna, że czytelnicy często
zadają Ci, albo chcą zadać pytania dotyczące Twojego życia prywatnego. Ono
jest takie, jak w Twoich powieściach? Pełne kolorów, szczególnie czerwonego?
Tak, to prawda, czytelnicy chcieliby znać jak
najwięcej prywatności, bo nasze życie jest tabloidami podszyte i
niekoniecznie trzeba być osobą publiczną, by się interesowano tym, co w domu
i zagrodzie u sąsiada. Choćby czytelnik miał filologiczne przygotowanie, to
i tak w pierwszym odruchu utożsamia autora z bohaterem powieści, szczególnie
wtedy, gdy ta pisana jest w pierwszej osobie. Tak więc nieraz pytano mnie
wprost, czy urodziłam córkę przed maturą, jak bohaterka powieści „Magda.doc”.
Gwoli wyjaśnienia: moja starsza córka ma na imię Magda, ale urodziłam ją w
czwartym roku małżeństwa, na piątym roku studiów.
„Wszystko, co napisałem jest autobiografią, ale nie wyznaniem” – napisał
Amos Oz w „Opowieści o miłości i mroku. Tak bywa i u mnie. Wyznania czynię w
swoich dziennikach, które piszę ręką i piórem, w zeszytach w linię lub bez,
ale ich nie publikuję, przynajmniej póki żyję. Natomiast w każdej książce
jest kawałek mnie, byłby nawet wtedy, gdybym pisała powieści historyczne lub
science-fiction. Przecież autor pisząc, dokonuje wyboru tematu (mój wybór
świadczy o mnie), to on komponuje całość, więc decyduje o formie (forma też
świadczy o mnie). Mogę cię zapewnić, że zdradzam tylko to, co chcę i choćby
nie wiem, jak bohaterka była podobna do mnie, to i tak nie jest mną.
Świetnie o tym też pisał Jerzy Pilch. Kto sedna powieści doszukuje się
pomiędzy utworem a autorem, ten błądzi. Powinien szukać pomiędzy utworem a
sobą. Tylko wtedy czytelnik dowie się czegoś o sobie, dotrze do własnych
zakamarków, labiryntów. Mogę ci powiedzieć, że wszystkich zakamarków w sobie
nie znam i ciągle ich szukam, więc co tu mówić o podawaniu siebie na tacy.
Nie jestem ekshibicjonistką. Nie obnażam się przed czytelnikami. Literatura
jest po moje stronie, życie czasem przeciwko mnie. Niekoniecznie ten, kto
potrafi pięknie pisać o życiu, potrafi też tak żyć.
3. Ho ho, teoretyzujesz, Marto i nie mówisz nic o barwach twojego życia, choć fama głosi, a także powieść „Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych” sygnalizuje, że jest ono pełne przygód.
Dobrze, powiem wprost: w moim życiu najwięcej jest czerwieni, jak w moich wierszach. A czerwień daje czerwień, czyli im więcej życia, tym więcej miłości.
4. Nie mówisz wprost, raczej używasz metafor.
W powieści, której tytuł wymieniłam, dużo opowiadam i zdradzam ze swojego życia, bo to powieść autobiograficzna, której bohaterką jest Marta Fox. Zdradzam swoją wrażliwość, opowiadam o małżeństwie, o relacjach z córkami, o szalonej miłości do poety, o odkrywaniu partyzanckiej przeszłości ojca AK-owca, o dniu, w którym młodsza córka wychodzi za mąż, a papież umiera.
5. Rozpalasz ciekawość czytelnika i zastrzegasz jednocześnie, że „powieść autobiograficzna więcej kamufluje niż pokazuje”.
Jeśli tak odbierasz moje pisanie, to bardzo mi miło. Zostawiam przestrzeń dla domysłów czytelnika, dla jego wyobraźni, aby wypełnij te miejsca swoimi doświadczeniami, aby siebie analizował, bo bez tego cóż warte jest czytanie? Przelatuje przez nas jak film o szybkiej i nic nie znaczącej akcji, o którym zapominamy w dwie godziny potem. Jeśli czytelnik przeżywa to, co czyta, zapamiętuje na długo.
6. Już po wydaniu twojej pierwszej książki „Kapelusz zdejmuję ostatni” krytyka nazwała cię odważną pisarką erotyczną. Jak zareagowałaś na te określenia?
Początkowo te określenia bardzo mi się spodobały, to było moje wejście na rynek czytelniczy, zostałam zauważona, choć kilkanaście lat temu nie stosowano jeszcze tych chwytów marketingowych, co teraz. Kiedy kobieta opisuje scenę erotyczną, wszyscy mają ochotę zadać jej pytanie, czy to jej osobiste przeżycia. Nikt by o to nie zapytał mężczyzny. Nikt go nie rozlicza z erotycznego życia, bo obyczajowość na to pozwala. Pewien nobliwy pisarz poczuł się zawiedziony, że nie chcę z nim flirtować, był pewien, że jestem taka szalona i grzechu pełna jak bohaterki moich opowiadań. Jak ci przyprawią gębę, przykleją etykietkę, to trudno się od niej odkleić. Po jakimś czasie poczułam, że określenia „odważna, erotyczna” zubożają moje teksty, bo w swoim odczuciu pisałam o tęsknotach, samotności, dramatach codzienności, a i tak czyhano tylko na tzw. momenty. I to w czasach, kiedy już dawno wydane zostały dzienniki Anais Nin, powieści Eriki Jong. To chyba wtedy postanowiłam napisać coś całkiem odmiennego i napisałam powieść dla córki „Batoniki Always miękkie jak deszczówka” i „Agatona-Gagatona, po których nazwano mnie odważną pisarką młodzieżową.
Tak czy owak – jestem odważna, pisanie wymaga odwagi.
7. W „Agatonie” pojawił się rozdział pod tytułem „Orgazm”. Przyznasz, że to rzeczywiście niebywałe w polskiej powieści młodzieżowej.
Kiedy pisałam, nie przyszło mi do głowy, że tym słowem naruszam reguły pisania dla młodzieży. Jeśli ktoś książkę przeczytał, to wiedział, że nie chodziło mi bynajmniej o to, by pisać o orgazmach. To był rodzaj bardzo niewinnej prowokacji. Całość jest pogodną opowieścią nastolatki wchodzącej w życie i atakowanej z każdej strony słowami robiącymi furorę. Dziś ta książka wydaje mi się aż nazbyt dydaktyczna. Ale wtedy ktoś napisał, że Marta Fox to pseudonim znanego psychologa. No, jasne, jak kobieta napisze odważną obyczajowo książkę, to trzeba ją przypisać mężczyźnie.
Laydy`s Club, nr 7/ 2009, Wydawca Polski Dom Kreacji