Wywiad z Martą Fox

 

Jest Pani już znaną i lubianą pisarką o dużym, bardzo różnorodnym tematycznie dorobku literackim. Czy Marta Fox, autorka Kaśki Podrywaczki jest tą samą pisarką, która napisała Kapelusz zawsze zdejmuję ostatni? Jak bardzo zmieniła się Pani od czasu napisania swojej pierwszej książki?

 

Tak, to ciągle ja, choć rzeczywiście jest przepaść między tymi książkami. Pierwsza jest zbiorem opowiadań, z których każde poprzedzone zostało moim wierszem jako mottem, a druga powieścią z gatunku młodzieżowych. Po tej książce otrzymałam od krytyki etykietkę „odważnej pisarki erotycznej”, po pierwszej powieści młodzieżowej nazwano mnie „odważną pisarką młodzieżową”. Tak czy siak, epitet ten sam, jestem odważna. Pomiędzy książkami, które Pani wymieniła minęło 16 lat mojego pisania. Myślę, że niewiele zmieniło się we mnie jako osobie, przecież kiedy zaczynałam pisać byłam prawie 40-letnią kobietą. Na początku pisanie było dla mnie przygodą, teraz jest zawodowym życiem.

 

Proszę spojrzeć na swoje życie, jak na rozległy krajobraz. Widzi Pani z pewnością w nim punkty świecące wyraźniej od innych… To Pani sukcesy, z których jest Pani dumna. Proszę nam o nich opowiedzieć.

 

Ma pani rację, mogę już na swoje życie patrzeć jak na rozległy krajobraz. Proszę mi wierzyć, że nie myślę o nim w kategoriach odnoszonych sukcesów. Widzę, co osiągnęłam, cieszy mnie to i mobilizuje do pracy, ale nie cierpię słowa „sukces”, odmienianego przez wszystkie przypadki. Och, opowiem o pewnym spotkaniu, zorganizowanym przez licealną, ambitną młodzież. Moderator uparł się, by rozmawiać ze mną o sukcesie. Próbowałam skierować rozmowę na książki, a on uparcie wracał do tego, że jestem kobietą sukcesu. Miałam wrażenie, że nie przeczytał ani jednej spośród moich 26. książek, natomiast miał wiedzę tabloidalną i wedle niej prowadził rozmowę: – Była pani skromną nauczycielką, a teraz jest pani popularną pisarką – argumentował. W rankingu na najpopularniejszą pisarkę jest pani pomiędzy Kingiem a Rowling, w bibliotekach pani książki wypożycza się na zapisy, itp. To, prawda, utrzymuję się na rynku księgarskim od 16. lat. Nigdy nie byłam gwiazdą, co znaczy, że nie błysnęłam nagle, ale i nie zgasłam. Po prostu – robię swoje. Mam pomysły, jestem bardzo pracowita, konsekwentnie je realizuję. Spełniam się zawodowo, moja praca jest moją pasją. Kolejne pokolenia wychowują się na Agatonach (niedługo będzie nowe wydanie, trzy książki w jednym), na Magdzie. W wielu podręcznikach są fragmenty moich powieści. Najbardziej dumna jestem jednak z tego, że wychowałam córki na wspaniałe kobiety i że nie roztrwoniłam swojego życia, coś z niego uszczknęłam też dla siebie.

 

Który spośród modeli rodzin występujących w Pani książkach, jest najbliższy Pani sercu?

 

Najbliższa jest mi rodzina, w której się rozmawia, w której nie ma zakłamania, hipokryzji, dulszczyzny i problemy rozwiązuje się przy stole. Rodzina, w której nie ma zawiści. Dlatego bliskie mi są książki o Agatonach. Nie ma rodzin idealnych, ale są rodziny, w których panuje szacunek dla odrębności, wyrozumiałość, życzliwość.

 

Ile znaczy dla Pani rodzina? Jest najważniejsza, ważniejsza od Pani pisarstwa?

 

Postawiła mi Pani trudne pytanie. Na szczęście nie byłam w sytuacji, w której musiałabym wybierać: albo my, albo twoje pisanie. Jeśli ktoś by mi taki warunek postawił, to by znaczyło, że mnie ani nie kocha, ani nie szanuje. Pisanie jest moją pracą. Tak się dobrze składa, że praca daje mi ogromną satysfakcję i realizuję się w niej jako osoba. Nie jestem jednak nawiedzoną pisarką, która by myślała, że spełnia misję i wiedzie lud na barykady. Rodzina jest dla mnie bardzo ważna, bardzo. Moje córki, mój wnuk, Janusz, siostry, kilku przyjaciół – to moja rodzina. Nie chcę gdybać, co bym dla nich zrobiła, bo przecież „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.

 

Wiemy, iż postacie występujące w Pani tekstach są fikcyjne… Jednak czy nie zdarzyło się kiedyś tak, że Pani córki miały Pani za złe, że swoim książkowym postaciom nadała Pani ich imiona?

 

Pani zapewne pyta o książki o Agatonie, które pisałam z myślą o Agacie, młodszej córce, w domu nazywaliśmy ją Gagatonem (od gagatka). Była kochanym diabełkiem, który uważał, że najlepszą lekcją w szkole jest przerwa. Nie przepadała za czytaniem, uwielbiała oglądać reklamy telewizyjne i MTV. Uczyłam się od niej optymizmu i mówienia „nie”, podziwiałam zaradność i bardzo chciałam, aby czytała, choć połowę z tego, co jej starsza siostra Magda. W książce Agaton-Gagaton opowiadał o rodzince: Mamidle-Straszydle, starszej siostrze Magdzie, zwanej Magillą lub Kujonkiem, babci Gieni, o tym, co dzieje się w domu i szkole, o koleżankach i chłopakach. Nie ukrywałam i nie ukrywam, że moje córki były inspiracją, stały się prototypami bohaterek powieści. Powieść rządzi się oczywiście swoimi prawami, ale wielu znajomych, odwiedzających wówczas nasz dom, też tam się rozpoznało. Powstał kilkunastominutowy film, w którym córki wyjaśniają, co było naprawdę, a co Mamidło-Straszydło wymyśliło, czyli „ściemniło”. Córki nie miały mi tego za złe, nie zdradzałam ich tajemnic.

 

Czy często ludzie uznają fikcyjny świat Pani książek za prawdziwy?

 

Czytelnicy lubią myśleć, że pisarz wykorzystuje w powieści to, co sam zobaczył lub przeżył i że opisuje konkretne osoby. W rzeczywistości rzadko tak bywa, by do świata powieści przenosić bezpośrednio kogoś ze świata realnego. O żadnej z postaci nie mogę powiedzieć, że sportretowałam konkretną osobę. Na przykład – istnieje naprawdę moja przyjaciółka, którą nazywamy Ewką-Marchewką. Ale czy w powieściowa Ewka jest tą prawdziwą? Prawdziwa była zaledwie inspiracją do powieściowej. W powieści Magda.doc jest taka scena: bohaterka się wyprowadza, pisze do matki list, podając w nim nowy numer telefonu i numer konta, na które matka ma jej wpłacać rentę po ojcu. Ponieważ tylko swój numer domowy znałam na pamięć, więc automatycznie go napisałam, a cyferki do konta wymyśliłam, bo swojego nie pamiętałam. Potem dzwoniły czytelniczki i prosiły do telefonu Magdę. Podchodziła córka i tłumaczyła, że ona nie ma nic wspólnego z Magdą powieściową, nie urodziła dziecka, itp. Agata wtedy powiedziała, że popełniłam błąd, powinnam podać wymyślony telefon, a prawdziwe konto. Czytelniczki litując się nad losem Magdy, może by jej coś na konto wpłacały zamiast telefonować. Numer telefonu w końcu zmieniłam. Podobnie postąpiłam w powieści Paulina w orbicie kotów: podałam swój numer gadu-gadu zamiast wymyślić nowy dla bohaterki.

 

Czy mogłaby Pani wskazać taką postać występującą w Pani książkach, którą można by nazwać alter ego pisarki?

 

Nie, nie ma takiej postaci. Napisałam natomiast powieść autobiograficzną Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych. Tam mówię o sobie. Ale nie wiem, czy Marta Fox z tej książki jest mną, może tylko moim wyobrażeniem o mnie. Powieść autobiograficzna więcej kamufluje niż pokazuje, jak pisał Josif Brodski.

 

Czytając Pani książki, zauważyłam, iż nawet dramatyczne sytuacje, wydawałoby się czasem bez wyjścia, kończą się pomyślnie. Współczesnej młodzieży potrzeba takiego oddechu, odpoczynku od cierpień i brutalności pokazywanych w mediach. Czy ma Pani własne recepty na ucieczkę od szarości dnia codziennego, nawału informacji i to zwłaszcza tych negatywnych, jakie każdego dnia serwują nam różnorodne media?

 

Recepty nie mam, ale próbuję uciekać na chwilę: w muzykę, w literaturę, w teatr, czasem nawet w przyrodę. Poza tym: niewiele oglądam telewizję. Nie cierpię tej tabloidalnej sieczki, mediów, które z największej tragedii robią cyrk i każą nam wspólnie przeżywać wszystko, nawet wspólnie się modlić i pogrążać w żałobie. Nie chcę i nie potrafię poddawać się takim uniesieniom. Nie obchodzi mnie też, kto z kim, dlaczego i za ile. Nie obchodzi mnie, kto jest w ciąży, kto kogo zdradza. Dla mnie nigdy dzień nie jest podobny jeden do drugiego. Nie nudzę się w życiu. Tylko nudni ludzie się nudzą.

 

Do jakiego czytelnika kieruje Pani swoje książki?

 

Mam nadzieję, że powieści młodzieżowe piszę tak, by były interesujące także dla dorosłych. Bardzo bym chciała, by czytali je rodzice i dziadkowie. Wiem, że czytają. Oczywiście każdy inaczej patrzy na bohaterów. I o to chodzi. Gdyby tak jeszcze mama zechciała potem porozmawiać ze swoją córką, to byłoby świetnie. Nie uważam też, by moich „dorosłych” książek nie mogła czytać młodzież. Rzecz tylko na tym polega, że nastolatka znajdzie mniej dla siebie w powieści, której bohaterką jest dojrzała kobieta. Książka „Coraz mniej milczenia. O dramatach dzieciństwa bez tabu” – choć jest „bardzo dorosła”, jest dla młodzieży także. Zawsze o niej mówię na spotkaniach autorskich i zazwyczaj dostaję potem kilka listów na temat tej książki.

 

Czytając Kaśkę Podrywaczkę zauważyłam, iż książka ta wiernie, w najdrobniejszych szczegółach przedstawia popkulturową rzeczywistość. Postacie wypowiadają tytuły programów rozrywkowych, cytują teksty reklam, mówią charakterystycznym dla współczesnej młodzieży językiem. Czy nie boi się Pani, że Kaśka Podrywaczka za dziesięć lat nie zaciekawi już żadnego młodego czytelnika, gdyż zostanie uznana za przestarzałą?

 

Mam nadzieję, że problem, jaki w tej powieści pokazuję jest ponadczasowy i dzięki temu powieść się szybko nie zestarzeje. Moje powieści są od 15. lat drukowane i sprzedawane. A przecież Agatony i Magda powstały w czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych w powszechnym użyciu, ani Internetu. Powieści są osadzona w konkretnym czasie, ale problemy są uniwersalne: tęsknota za miłością, brak akceptacji, samotne wychowywanie dziecka, przemoc.

 

Młodzież dziś bardzo chętnie czyta powieści amerykańskie, może nawet chętniej niż polskie? Jak Pani myśli, dlaczego tak się dzieje?

 

Najważniejsze, by w ogóle czytać, by nie ograniczać czytania tylko do programu telewizyjnego, co dziś, a co jutro. Jak ktoś wyrobi w sobie nawyk czytania, to wcześniej czy później trafi na coś ambitniejszego. Zawsze powtarzam, że czytanie musi być nawykiem, tak jak mycie zębów. Nie pójdę spać bez mycia, nie zasnę, póki nie przeczytam 20 stron. Dużo robię dla swoich książek: mam spotkania autorskie, piszę bloga. Jestem pewna, że po każdym spotkaniu mam trzech czytelników więcej. Mój blog cieszy się coraz większą popularnością, mam już 500-600 wejść dziennie. Zapraszam: http://marta-fox.blog.onet.pl/

 

Co mogłaby Pani powiedzieć na temat polskiej literatury? Na jakim jest poziomie? Mam tu na myśli zarówno literaturę dla dorosłych, jak i dla dzieci i młodzieży.

 

Och, to bardzo szerokie pytanie, to rozmowa na kilka godzin. O poezji, o prozie. Dużo czytam, bo spędzam życie na półce z książkami, jak mówią moje córki, ale nie podejmę się odpowiedzi w kilku zdaniach. Najmniej znam polską literaturę młodzieżową, choć znam koleżanki po piórze. Staram się nie czytać tego gatunku, by nie wiedzieć, jak inni piszą, specjalnie. Robię tylko wyjątek dla literatury skandynawskiej, wyłapuję wszystko, co się ukaże. Literaturę dla dzieci czytam, bo mam wnuka, więc muszę być na bieżąco.

 

Czy ma Pani jakieś literackie autorytety, kogoś, kto Panią inspiruje, do kogo Pani nawiązuje i kogo mogłaby Pani polecić jako autora wszechczasów?

 

Autorem wszechczasów jest Fiodor Dostojewski i Tomasz Mann, także Franz Kafka. Rewolucji w moim życiu prywatnym dokonał Julio Cortazar i Anne Sexton, Kawafis, Yourcenar… Bardzo lubię Romain Gary`ego (piszącego także pod pseudonimem Emile Ajar), bliscy mi są Wisława Szymborska, Janusz Styczeń, Julia Hartwig, Ewa Lipska, lubię Paula Austera, cenię Amosa Oza, Wiesława Myśliwskiego… Potrzebuję kolejnej godziny na to, by o tym rozmawiać.

 

Jaka jest Pani ulubiona książka z dzieciństwa?

 

Dzieci z Bullerbyn i Karolcia.

 

Co Pani czytała swoim córkom, kiedy były małe?

 

Małego Księcia, wiersze Brzechwy, Tuwima oraz mity.

 

Czy ma Pani jakiegoś ulubionego, współczesnego pisarza?

 

Tak, mam, oczywiście. Kilku ulubionych, na przykład Jerzego Pilcha i poetę Zbigniewa Joachimiaka.

 

Czy łatwo jest być dziś w Polsce pisarzem? Warto nim być?

 

Myślę, że łatwiej zadebiutować, błysnąć, trudniej się utrzymać na rynku. Rynek nie zna litości. A co znaczy „warto”? Czy „warto” to znaczy „opłaca się”? Mnie się opłaca. Ale dla mnie „warto” i „opłaca” to nie tylko kwestia pieniędzy. Gdyby tylko o to chodziło, to bardziej opłacałoby mi się handlować. Tylko po co? Po to, bym po roku ducha wyzionęła za rogiem ze zgryzoty i barku sensu w życiu? Każdy powinien robić to, co daje mu wewnętrzne spełnienie. Mnie się tak udaje żyć.

 

Na koniec chciałabym Panią zapytać o Pani motto życiowe, które być może stanie się mottem naszych czytelników?

 

Lubię powtarzać, że – Wolę się spalać niż więdnąć – to moje motto, ale czy ono się komuś spodoba?

 

 

Z pisarką rozmawiała Magdalena Żerek

Klub Literacki LITERA

 

POWRÓT